Warta Gravel 2026

Warta Gravel 2026 - 160 km

W tym roku organizatorzy Warty Gravel oferowali 3 dystanse - koronne 404 km, nieco skrócone 250 km i nowy format - 160 km. W ostatniej edycji pokonałem trasę 404 km, jednak po zawodach miałem mały problem z kolanem i stwierdziłem, że w tym roku wybiorę krótsze dystans, ale za to poświęcę więcej czasu na bardziej regularne treningi. Tak też się stało i dlatego wybrałem 160 km. Muszę przyznać, że do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy nie podjąć większego wyzwania. Zawody poniżej 200 km nie dają tej satysfakcji i tego głębokiego zmęczenia, za które kocham ultramaratony. Jednak postanowienie treningowe było ważniejsze. Do tego w moim wyposażeniu zaszła bardzo poważna zmiana. Dzięki temu, mimo najgorszych warunków spośród wszystkich imprez, w których do tej pory startowałem, wykręciłem swoją najlepszą średnią prędkość.

Przygotowania

Nowy rower

Ponieważ miałem wybrany krótszy dystans, mogłem bardziej poszaleć. Pierwszą i najważniejszą zmianą był rower. Od kilku tygodni jestem dumnym posiadaczem Treka Checkpointa - roweru gravelowego, który ma pozwolić mi na szybsze pokonanie tras wyścigów. Do tej pory jeździłem na Treku Procalibrze - rowerze MTB z szeroką oponą (2,35 cala), którym pokonałem wszystkie dotychczasowe ultramaratony. To bardzo wygodny, aluminiowy rower. Niestety na Warcie 404 w zeszłym roku zdałem sobie sprawę, że jestem zbyt wolny na tak długie dystanse i przez to, szczególnie na końcówce - zmęczenie mocno daje się we znaki. Musiałem więc przyspieszyć. Dlatego postawiłem na gravela.


Trek Checkpoint - przygotowany na zawody

Trek Checkpoint

Wiedziałem już bardzo dobrze, że długie dystanse to najlepszy sposób realizowania mojego hobby, tak więc gravel, dający dodatkowe możliwości chwytu na kierownicy wydawał się odpowiednim wyborem. Dodatkowo możliwość zamontowania większej liczby sakw i toreb pozwoliła mi mniej się martwić o to, co wezmę ze sobą w trasę.

Minusem była nowa pozycja jazdy, którą musiałem przyjąć, a do której nie byłem przyzwyczajony. Stąd pojawiły się bóle kciuków, łokci i pleców. Przed zawodami próbowałem wykręcić jak najwięcej kilometrów na treningach, jednak to oznaczało, że na zawodach nie będę odpowiednio zregenerowany. Coś za coś. Liczyłem jednak, że będę mógł co jakiś czas jechać bez trzymania kierownicy, wyprostować plecy na siodełku i chwilę odpocząć, ale trasa szybko zweryfikowała te plany.

 

 

Prowiant 

Jeśli chodzi o zapasy - kilka razy na zawodach zdarzyło mi się już dojechać do mety z zapasem jedzenia, ale po drodze źle zarządziłem płynami i dopadało mnie pragnienie, dlatego tym razem postawiłem na więcej płynów i trochę mniej jedzenia. Część z widocznego zestawu potraktowałem jako śniadanie.

 

 

 

  

Plan

Plan był prosty - ubrać się dość lekko, żeby nie musieć się przebierać w trasie, mieć ze sobą dobrze wyliczoną porcję jedzenia, dwa bidony i dwulitrowy bukłak izotoników. Na zorganizowanym przystanku PićStop skupić się na dolaniu płynów i szybko ruszać dalej na trasę. Chciałem zminimalizować czas przerw na trasie. O ile dłuższe zawody to więcej romantyzmu i różnorodne warunki, to zawody 160 km to gonitwa od startu do mety, w miarę możliwości jechana pełnym ogniem. Gdy kondycja będzie się rozwijała, te dystanse szybkościowe będą się zwiększać, na razie granica około 150 km to dla mnie odpowiednie wyzwanie wyścigowe. Zresztą widać to dobrze po czasach przerw na zawodach, które publikuję w podsumowaniu. 

Pogoda wszystko pokrzyżowała

Wszystko się posypało już dzień wcześniej, gdy spojrzałem na prognozę pogody. Całą noc lało. Żeby dotrzeć na miejsce, miałem do przejechania odcinek z Lubonia na poznański Strzeszyn. Gdy ruszałem z domu, jeszcze kropiło, więc do miasteczka wyścigu dotarłem nieco ubłocony. Najgorsze jednak czekało mnie już na trasie.

Przebieg

Start 

fot. Darek Kurkowiak IG: @bezauta
 
Wystartowałem o godzinie 8:35. Początkowo jechaliśmy w zwartej grupie, zmieniając się na czole i próbując wzajemnie swoich sił. Po chwili jednak odpadłem, bo wypadł mi bidon na zjeździe z krawężnika. Początek trasy prowadził równymi asfaltami, jednak bardzo szybko odbiliśmy z ulicy i wjechaliśmy w błoto, poprzecinane kałużami. Koła się ślizgały, ale wydawało mi się, że wszystko było pod kontrolą. Próbowałem dogonić resztę, żeby przez pewien czas jechać wspólnie, co pozwoliłoby oszczędzić nieco sił na dalszą fazę wyścigu. Niestety...

Wypadek

Przede mną była ulica Piołunowa - jechałem nią niedawno na Poznańskiej Korbie, ale pod górkę. Tym razem jechałem w dół, po śliskim bruku, co wymagało ogromnej koncentracji. Niestety w momencie, gdy zjechałem z bruku na ścieżkę, tej koncentracji zabrakło i na pierwszej błotnistej kałuży spadłem z roweru. Zbyt duża prędkość, kałuża tuż za zakrętem, do tego górka - bardzo źle zareagowałem i wyleciałem z siodełka. Walnąłem całym prawym bokiem o ziemię i... no cóż - wstałem, pozbierałem się, stwierdziłem, że ogólnie jestem cały, i pojechałem dalej. Niestety przez resztę drogi towarzyszył mi lekki ból w klatce piersiowej, który utrudniał oddychanie. Na szczęście nie przeszkodził w dotarciu do mety. Po kraksie mocno spadła mi pewność siebie, więc do zorganizowanego punktu wodnego w połowie trasy, „PićStopu”, jechałem dużo ostrożniej.

Pogoda

Na trasie kilka razy złapał mnie przelotny, ale dość mocny deszcz. Najgorsze jednak były głębokie kałuże - niemal przez cały wyścig jechałem w mokrych butach, a prawy, który zamoczyłem w jednej z nich, chlupał z każdym naciśnięciem pedału. Zdecydowanie nie była to pogoda do bicia rekordów.

PićStop

Bardzo serdecznie chcę podziękować wszystkim zaangażowanym w działanie naszego przystanku regeneracyjnego na trasie w Dąbrówce Leśnej. Naprawdę świetna robota - wolontariusze przepłukali mi rower, wyczyścili bidony z błota (uwierzcie, to żadna przyjemność zagryzać izotonik żwirem), uzupełniłem picie i ruszyłem dalej. Cały przystanek, zgodnie z planem, poszedł bardzo szybko i sprawnie.

Druga połowa

Mimo że na PićStop wjeżdżałem w deszczu, który o sobie przypomniał, zaraz po nim wyjechaliśmy na piękne szutrowe autostrady Puszczy Noteckiej. Dystans 404 zwiedzał niemal całą Puszczę i dobrze to pamiętam z zeszłego roku - tam złapała mnie noc i stamtąd mam jedne z najciekawszych przygód. W tym roku warto było sobie odświeżyć tamte wspomnienia, mimo że w zdecydowanie krótszym wydaniu, bo w samej Puszczy zrobiliśmy ledwie kilkadziesiąt kilometrów. Na szczęście wróciła mi nieco pewność siebie i mogłem spokojnie uzupełniać energię żelami bez zatrzymywania się - równa szutrowa nawierzchnia pozwalała jechać bez jakichkolwiek przerw. Potem szybki skok w okolice Stobnicy, i zaraz ścieżką rowerową do Obornik, a stamtąd już prosto na metę. Jeszcze tylko nie wywrócić się na nierównych brukach przed finiszem i będzie można odpocząć.

Statystyki i podsumowanie

Ostatecznie ukończyłem zawody z czasem 8:17:04, ze średnią prędkością 19,68 km/h, z około 35 minutami postojów i 769 m przewyższenia według Garmina. Nieoficjalnie zająłem 29 miejsce. Na starcie miało pojawić się ponad sto osób. Gdy dojechałem, 77 zawodników wciąż było na trasie, choć kilka osób nie ukończyło zawodów. Oficjalne wyniki zostaną wkrótce opublikowane. A ja? Ja jestem z tego wyniku naprawdę zadowolony. Nie było łatwo, ale była to bardzo ciekawa przygoda. Wracam za rok!

Aktywność na Stravie (wraz z dojazdami)

Garść statystyk z zawodów

Kilka zdjęć okiem Piotra Piechockiego - https://www.facebook.com/brodatafotografiasportowa

Podjazd na Dziewiczą GóręMay be an image of bicycle and road

Uśmiech na szutrostradach Puszczy Noteckiej ( + "panierka" błotna)

No i w końcu - ta upragniona meta! (Tutaj już zdjęcie mojego autorstwa!)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pyra Trail 2026 - wspomnienie

Pyra Trail 2026 - 150 km