Pyra Trail 2026 - wspomnienie

Kilka wspomnień z sobotniego wyścigu.

Według planu, miałem obudzić się o godzinie 4:30. Jednak nerwy przed zawodami niemal nie pozwoliły mi zmrużyć oka. Mimo, że spakowany byłem już na 2 dni przed zawodami, w nocy kilkukrotnie jeszcze dopisywałem do listy dodatkowe elementy wyposażenia, o których powinienem pamiętać. Wstałem przed budzikiem, gdy uznałem, że dłużej nie ma sensu już się wylegiwać. Zegarek zmierzył nieco ponad 3 godziny snu. Zapakowałem rower na bagażnik i ruszyłem do Sierakowa.

Dotarłem na zawody o godzinie siódmej. Odebrałem pakiet startowy, przygotowałem rower, zjadłem drożdżówkę... I niemal spóźniłem się na start mojej grupy. Start odbywał się grupowo, co 5 minut ruszali kolejni zawodnicy. Ja zacząłem zawody w przedostatniej grupie i - tak jak wszyscy (i zawsze - i na każdych zawodach) - próbując nie zgubić reszty ruszyłem za mocno i spaliłem masę energii. Zegarek po 20 km pokazywał, że zostało mi ok 50% wytrzymałości (ostatnio na treningu tyle miałem po zrobieniu 100 km...), więc się zatrzymałem żeby złapać trochę oddechu i przebrać się w dzienny strój, bo jednak było znacznie cieplej niż zakładałem. Musiałem jednak uważać - chciałem przejechać zawody z jak najmniejszą ilością przystanków, więc musiałem tak dobrać strój, żeby już nie było konieczne przebieranie się. W lesie temperatura trochę spadła i miałem wyraźne przeświadczenie, że przesadziłem.

Trasa dość szybka - dużo górek, dużo piachów, dużo tarek, dużo tarek z piachem i piaskowych górek i oczywiście hit wyścigu - czyli górka z piachem i tarką. Chciałem złamać 8 godzin czasu przejazdu. Trzymałem całkiem dobre tempo,  zebrałem ponad 20 minut zapasu, myślałem że spokojnie dowiozę...

W pamięci szczególnie zapadła mi jedna piaskowa górka za Kamionną, z którą mocno walczyłem już w poprzednim roku. Wtedy nie udało się jej podjechać i musiałem przez dość długi czas pchać rower. Tym razem miało być inaczej. I rzeczywiście, górka została pokonana, aż uniosłem ręce w geście zwycięstwa... kiedy okazało się, że jednak jestem dopiero w połowie. Potem nieszczęśliwie ustawione przednie koło i zakopane tylne, zbyt niska przerzutka i wyrzuciło mnie z siodełka. Znów musiałem iść. Wracam za rok wyrównać rachunki ;) 

Przez 100 km szedłem jak burza, bez kolejnych przystanków, czułem się bardzo dobrze, prędkość się utrzymywała. Wszystko było ok aż do Skwierzyny, gdzie utknąłem na przejeździe kolejowym i dogoniło mnie kilka osób, a następnie zostałem z tyłu. To mi trochę odebrało sił mentalnych, ale przywróciło te fizyczne i już miało być wszystko w porządku, kiedy wjechaliśmy na naprawdę wielkie piachy - 10 km przebijałem się przez 50 minut (zgroza). A i tak na rowerze MTB tylko słyszałem okrzyki zazdrości gravelowców.  Ten odcinek nie tylko wyrównywał stawkę, ale też odbierał wszystkie siły. No ale do mety jeszcze 40 km - tym razem równe asfalty i szutrostrady, także organizatorzy (dosyć) miłosierni.

Przed końcem ostatnie górki już naprawdę dawały w kość, ale udało się  wjechać na metę z czasem 8:18:33. Liczyłem na lepszy wynik, ale warunki terenowe były jakie były - generalnie szybka trasa, ale z wieloma przygodami po drodze (to żeby się nam nie nudziło). 

I tak na koniec, myślę sobie, że chyba jednak wolę dłuższe dystanse - gdzie można trochę bardziej na luzie podejść do trasy. Tutaj od startu do mety była gonitwa. Zresztą średnie tętno 159 z całych zawodów mówi samo za siebie. Na pewno świetny pomysł na spędzenie weekendu. No i rewelacyjny efekt - ukończyłem je nieoficjalnie na 20 miejscu. Górna połowa stawki. Brało udział niecałe 50 osób. Dobry prognostyk na kolejne zawody!


Ostatecznie:

Czas: 8:18:33

Dystans: 150,61

Śr tętno: 159

Podjazdy: 1196m

Czas pauz: ok 12 minut (dla porównania - na Pyrze 300 km w zeszłym roku miałem czas pauz 2 godziny(!))


Do następnego!


(Zdjęć prawie nie mam, bo goniłem wynik, 2 sprzed startu jedno z mety  ) 


Link do Stravy


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pyra Trail 2026 - 150 km